Tylko fakty


Z faktami się nie dyskutuje. Fakty można interpretować, wyjaśniać, analizować, ewentualnie zapytać o źródło ich pochodzenia i skonfrontować je z innym.

Faktem jest, że fala informacji o przemocy seksualnej wobec kobiet wezbrała ostatnio dość wysoko. Można odnieść wrażenie, że to mężczyźni ostatnimi czasy (a i wcześniej także) są zepsuci, nie panujący nad sobą, lubieżni i erotycznie wciąż pobudzeni, a nawet nadpobudliwi. Co tu dużo mówić – „mężczyźni są zboczeni„. I tak też są widziani przez normalne, zwykłe, przeciętne kobiety. Większość tych kobiet sama doświadczyła przemocy ze strony mężczyzn – wg badań i sondaży jest ich ok. 90% – albo słyszała od przyjaciółki, koleżanki o takich drastycznych (i mniej drastycznych) przypadkach.

Kiedy badania pokazują, że prawie cała żeńska populacja została tak drastycznie doświadczona – warto by zastanowić się nad przyczynami „tego całego zła„.

Hałas medialny na temat przemocy seksualnej w złym świetle ukazuje mężczyzn. Przez feministki (a przecież nie tylko) stawiany jest on do kąta i rozliczany za swoje zwierzęce zachowanie. Nie mam zamiaru podważać sondaży na ten temat. Przyjmuję je za prawdziwe i wiarygodne, chcę jedynie spróbować wyciągnąć wnioski, które mi się same nasuwają.

Wyobraźmy sobie tylko, że jeżeli ok. 90% kobiet jest skrzywdzonych przemocą seksualną (a więc prawie wszystkie!) i jeżeli najczęstszym gwałcicielem jest ktoś z rodziny (najczęściej: mąż! bądź partner) – to oznacza, że procent mężczyzn dokonujących przemocy seksualnej jest zatem niewiele mniejszy niż procent ukrzywdzonych kobiet i może wynosić ponad 80 procent. A więc nieomal wszyscy mężczyźni mają takie doświadczenia za sobą (przed sobą?).

Na marginesie tej fali informacyjnej o przemocy wobec kobiet należy tylko przypuszczać, że w naszym kręgu kulturowym podobnie było raczej zawsze. A i skala zjawiska – owe 90% kobiet doświadczonych przemocą seksualną – mogła być podobna. Kultura i obyczaje naszego kręgu kulturowego, a także religia (ostatnie wieki chrześcijaństwa) starały się okiełznać męską seksualność. Z miernym jednakże skutkiem. Dekalog chrześcijaństwa w szóstym przykazaniu napomina ogólnie o tym, by „nie cudzołożyć„, ale już w dziewiątym zwraca się bezpośrednio do mężczyzn: „Nie pożądaj żony bliźniego swego„. Tak jakby Bóg najpierw stworzył mężczyznę (z rozmysłem? zgodnie ze swoim planem?) nadpobudliwego, napalonego, rozerotyzowanego, a potem musiał go mitygować przed działaniami, które mogą się Jemu-Bogu nie spodobać. Ale jeżeli sam dobry Bóg uważał za stosowne wybijać z męskiej głowy pożądanie do innych kobiet – musimy stwierdzić, że nie bardzo mu to wyszło. O czym przypomina wysoka fala zalewu informacji o męskiej przemocy.

Podejmując próbę zrozumienia zjawiska trzeba postawić tezę, że ogólny poziom męskiej seksualności jest o wiele wyższy niż kobiecy. Mówi się, że 75% mężczyzn przez 75% czasu myśli o seksie, podczas gdy u kobiet ten procent waha się około 25-ciu. Nawet, jeżeli dane te są daleko nieprecyzyjne – to i tak co do (rozpiętości) różnic należałoby się zgodzić, bo dobrze obrazują zjawisko.

Implikacje tego są zaskakujące chociaż oczywiste (!). Otóż mężczyźnie wydaję się (bo sądzi po sobie!), iż każda kobieta ma taką samą wielką chęć na seks co i on, nie zdając sobie sprawy, że kobiece rozumowanie jest identyczne – tylko ze znakiem przeciwnym. Kobiecie wydaje się (bo tak sądzi po sobie!), że normalny mężczyzna – tak jak ona – nie ma ochoty na seks, a ten chłop, który właśnie teraz, w tej chwili czyni jej nachalne awanse, to po prostu zboczeniec.

Jakże on (ona) może myśleć inaczej o seksie, kiedy swoje myśli, odczucia przenoszą na partnera (partnerkę), przypisując jemu (jej) to co samemu się myśli i odczuwa, a więc „na pewno ja mam taką samą chęć na seks jak druga strona!„. Ale niestety, tak nie jest.

Z tych różnic nie zawsze zdajemy sprawę. Ale one istnieją. Od młodości do śmierci.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *